psycholo¿ka powiedzia³a mi, ¿e poradzi³am sobie bez niej (po terapii) lepiej ni¿ z ni± (w trakcie terapii). ale czy ja naprawdê sobie poradzi³am? czy to, ¿e obroni³am mgr, zdoby³am kolejne uprawnienia to w ogóle jest radzenie sobie? czy radzeniem sobie jest granie ca³ymi dniami w gierki na fb i ogl±danie seriali? czy radzeniem sobie by³o siedzenie pó³ roku na bezrobociu? ale faktycznie da³am radê. musia³am. bo jestem silna. bo ka¿dego ranka jednak próbujê wstaæ, jednak myjê zêby, a teraz nawet wychodzê do pracy (zrezygnowa³am z jednej godziny pracy, ¿eby siê przynajmniej nie spó¼niaæ).
chcia³abym kiedy¶ zrozumieæ sk±d siê bior± te wszystkie czarne my¶li. dlaczego pierwsze co my¶lê jest z³e. przypomnienie sobie lepszej wersji wydarzeñ (czêsto prawdziwej!!), przypomnienie sobie, ¿e nie jestem sama i ¿e zawsze jest jakie¶ rozwi±zanie, ¿e jest o co walczyæ, ¿e s± rzeczy które kocham i jeszcze bêdê mia³a szansê ja mieæ, robiæ itd... zajmuje mi mnóstwo czasu i wysi³ku. dlaczego to nie te my¶li przychodz± pierwsze?
od dawna nikt mi nie mówi, ¿e dam radê, ¿e jestem silna, piêkna i ze wszystkim sobie poradzê. na pewno gdzie¶ w komórce mam jeszcze te smsy. ale ju¿ nikt, nigdy wiêcej mi tego nie mówi³. dobra. nie chce mi siê wiêcej pisaæ.
zgodnie z zasada dotyczaca wzrostu, ze w ³ózku sie wszystko wyrówna, nic wiecej nie moglo sie wydarzyc, a to tez sie nie moglo, wiec nic sie nie moglo wydarzyc.... hell yaeh!
czy to by co¶ zmieni³o, gdyby¶my skoñczyli t± rozmowê. czy by³a dla nas jakakolwiek szansa? czy gdybym da³a nam szansê, gdyby¶ nie zobaczy³ mnie z nim, gdyby gdyby, nie, nie obchodzi mnie to... czy teraz robiê to samo? oczekuje rozmowy na po¿egnanie, rozmowy z której nie wyniknie nic... po której bêdê wolna... wolna by pope³niaæ kolejne takiesame b³êdy.?
je¶li czujesz siê nie wyj¶ciowo, nieatrakcyjnie jako¶ inaczej nie, to ubierz siê w co¶ nie wyj¶ciowego, bêdziesz mog³a zwaliæ na ciuch. a poza tym wszystko bêdzie w równowadze. sprawdzi³o siê - równowaga zachowana :)
kiedy rok temu w ramach postanowieñ noworocznych zak³adam sobie ro¿ne rzeczy do realizacji (pomalowaæ paznokcie, pój¶æ do kina) zapisa³am "zakochaæ siê nieszczê¶liwie" mia³am na my¶li jakie¶ fatalne zauroczenie w ¿onatym facecie albo co¶ w tym stylu. i nawet po paru (wow! chyba nie potrzebujê drugiej rêki ¿eby je policzyæ) drobnych zauroczeniach my¶la³am sobie "jest. zrobione. done." i nagle okazuje siê, ¿e si³a s³ów jest znów silna, ¿e moc jest w s³owach, ¿e wkopa³am siê niemi³osiernie... bo przecie¿ przyja¼ñ to te¿ forma zakochania... bo mo¿na byæ zranionym, wykorzystanym i straciæ zaufanie - staæ siê nieszczê¶liwie zakochanym w próbie babskiej przyja¼ni. to nie tak, ¿e kto¶ by³ tam winny - ka¿da z nas po trochê. ale postanowienie zrealizowa³am i cierpiê sobie do dzi¶.
swoj± drog± "magia" ¶wi±t próbowa³a mnie te¿ zakochaæ... ale nie, lepiej nie, nie w kim¶ kogo nie ma...
mia³am 19 lat. powiedzia³ mi, ¿e jej przyjació³ka kaza³a jej wybieraæ pomiêdzy nim a ni±, czyli ch³opakiem a przyja¼ni±. "masakra!masakra!masakra!" krzycza³o co¶ w mojej g³owie. my¶la³am, ¿e po przekroczeniu okresu przej¶ciowego miêdzy podstawówk± i liceum (dzisiejsze gimnazjum) takich pomys³ów siê ju¿ nie ma. wszyscy wtedy byli¶my ju¿ na studiach. wiadomo przecie¿, ¿e wybiera siê mi³o¶æ! i co z niej za przyjació³ka, ¿e chce jej odebraæ szczê¶cie i szanse na przysz³o¶æ. jak teraz o tym my¶lê, to wydaje mi siê, ¿e on by³ nie¼le wkurzony, ¿e ona siê w ogóle ¶mia³a zastanawiaæ. co siê sta³o dalej, tego ju¿ nie wiem. mo¿e przyja¼ñ siê rozpad³a, mo¿e przyjació³ka da³a za wygran±, grunt, ¿e mi³o¶æ zwyciê¿y³a. a ja mia³am bonusowy tydzieñ z nim.
dzi¶ mam lat 20+, jasno okre¶lone granice pomiêdzy zauroczeniem, zakochaniem, mi³o¶ci±, ¶wietny chitynowy pancerzyk niezaanga¿owania i grupê bliskich mi ludzi, których nie potrafi³abym oddaæ w zamian za ulotne wra¿enie, ¿e "mo¿e to mia³oby jaki¶ sens".
dobrze, ¿e nie dane mi sprawdzaæ, czy to ma sens...